ROZDZIAŁ 3. WŁASNĄ DROGĄ

     W życiu wypełnionym nienawiścią i strachem nie ma miejsca dla nikogo prócz siebie samego. Nienawidziłem wszystkich, z Frankiem włącznie. On reprezentował władzę. A gdy sprzeciwił się temu, żebym nie chodził do szkoły i wracał do domu dopiero wieczorem, zdecydowałem się odejść.
     Frank powiedział wtedy:
    - Nicky, Nowy Jork to dżungla. Ludzie, którzy tu mieszkają, kierują się prawem dżungli. Przeżyć mogę tylko ci, którzy są pozbawieni skrupułów. Jeszcze nie poznałeś naprawdę tego życia. A ja tu jestem już pięć lat i wiem, jak tu jest. To miasto roi się od prostytutek, narkomanów, pijaków i morderców. Oni cię zabiją. I nawet nikt nie będzie wiedział, że nie żyjesz, dopóki jakiś narkoman nie natknie się na twoje rozkładające się zwłoki pod stertą śmierci.
    Frank miał rację. Ale ja nie mogłem u niego zostać. Nalegał, żebym wrócił do szkoły, a ja wiedziałem, że będę musiał pójść własną drogą.
    - Nicky, nie mogę zmusić cię, żebyś poszedł do szkoły. Ale jeśli nie pójdziesz, jesteś zgubiony.
    - Ale dyrektor mnie wykopał. Kazał mi nigdy nie wracać.
    - Nie obchodzi mnie to - powiedział. - Jeśli chcesz tu mieszkać, musisz wrócić ze szkoły. Jeśli nie do tej, to do jakiejś innej.
    - Jak myślisz, że wrócę - warknąłem - to chyba zgłupiałeś. A jak mnie będziesz zmuszał, to cię zabiję.
    - Nicky, jesteś moim bratem. Mówisz jak wariat. Rodzice kazali mi się tobą opiekować. Nie mam zamiaru słuchać takiego gadania. Albo idziesz do szkoły, albo się wynoś. Proszę, uciekaj, jeśli chcesz. Ale szybko będziesz z powrotem, bo nie masz dokąd iść. A jeśli zostaniesz, pójdziesz do szkoły i nie ma gadania.
    To było w piątek rano, zanim Frank poszedł do pracy. Po południu zostawiłem na stole w kuchni kartkę, że pewni znajomi zaprosili mnie do siebie na tydzień. Nie miałem żadnych znajomych, ale nie mogłem już dłużej zostawać u Franka.
    Wieczorem, szukając jakiegoś mieszkania, zawędrowałem do dzielnicy Bedford-Stuyvesant w Brooklynie. Podszedłem do grupy nastolatków stojących na rogu ulicy.
    - Chłopaki, nie wie który, gdzie by tu można znaleźć jakiś pokój?
    Jeden z nich popatrzył na mnie zaciągając się papierosem, po czym pokazał kciukiem przez ramię w kierunku Brooklyńskiej Średniej Szkoły Technicznej.
    - Mój stary jest tu szefem od tych mieszkań po tamtej stronie. Pogadaj z nim, to coś ci znajdzie. Siedzi tam i gra w karty z tymi facetami. To ten pijany.
    Reszta chłopaków roześmiała się.
    Mieszkania które chłopak miał na myśli, znajdowały się w dzielnicy Fort Greene, w środku największego na świecie osiedla mieszkaniowego. Ponad trzydzieści tysięcy ludzi mieszkało tam w blokach. Przeważnie byli to Murzyni i Portorykańczycy. Osiedle Fort Greene rozciąga się od Park Avenue do Lafayette Avenue, otaczając Washington Park.
     Podszedłem do grupki mężczyzn i spytałem administratora, czy nie miałby pokoju do wynajęcia. Podniósł głowę znad kart, popatrzył na mnie i burknął:
    - Tak mam. A bo co?
    Zawahałem się i wyjąkałem:
    - No... bo... szukam mieszkania.
    - Masz piętnaście dolarów? - spytał spluwając sokiem tytoniowym pod moje nogi.
    - No... nie przy sobie, ale...
    - No to nie ma pokoju - powiedział i znowu zajął się kartami. Inni nawet na mnie nie spojrzeli.
    - Ale będę miał pieniądze - powiedziałem.
    - Słuchaj mały. Jak mi pokażesz piętnaście dolców z góry, masz pokój. Nie obchodzi mnie, skąd je weźmiesz. Możesz równie dobrze obrobić jakąś staruszkę. Ale jak nie masz forsy, to zjeżdżaj i nie zawracaj mi głowy.
    Poszedłem z powrotem w kierunku Lafayette, mijając Papa John's, Harry's Meat House, Paradise Bar, Shery's, The Esquire, Valhal Bar i Lincoln's Rendezvous. Skręciłem w zaułek, myśląc, skąd wziąć pieniądze.
     Wiedziałem, że gdybym został schwytany przy próbie obrabowania kogoś, poszedłbym do więzienia. Ale byłem w sytuacji bez wyjścia. Napisałem Frankowi, że wrócę dopiero za tydzień. Wynajęcie pokoju kosztowało, a ja nie miałem ani grosza. Była już prawie dziesiąta wieczór i wiał lodowaty wiatr. Ukryty w mroku zaułka, zacząłem przyglądać się idącym chodnikiem ludziom. Wyjąłem z kieszeni swój nóż i nacisnąłem przycisk na jego rękojeści. Ostrze odskoczyło z cichym trzaskiem. Przyłożyłem czubek noża do dłoni. Ręce mi się trzęsły i próbowałem sobie wyobrazić, jak dokonałbym tego rabunku. Czy lepiej wciągnąć kogoś w zaułek? Czy powinienem go od razu uderzyć, czy tylko przestraszyć? A co, jeśli zacznie krzyczeć?
     Moją uwagę przyciągnęli dwaj ludzie rozmawiający u wylotu zaułka. Stary alkoholik zatrzymał osiemnastoletniego chłopaka niosącego wielką torbę pełną zakupów ze sklepu spożywczego. Stary prosił chłopaka o dziesięć centów na filiżankę kawy. Słuchałem, jak chłopak próbuje się uwolnić, tłumacząc, że nie ma pieniędzy.
     Przemknęło mi przez myśl, że stary pewnie ma pełne kieszenie wyżebranych i ukradzionych pieniędzy. Nie próbowałby nawet wołać o pomoc, gdybym go obrabował. Jak tylko chłopak pójdzie, wciągnę starego w zaułek i odbiorę mu forsę.
     Chłopak postawił torbę na chodniku. Pogrzebał w kieszeni i wyjął monetę. Stary coś zamruczał i powłócząc nogami poszedł.
     "Do diabła - pomyślałem - co teraz robić?"
    W tym momencie chłopak niechcący wywrócił swoją torbę i kilka jabłek potoczyło się po chodniku. Schylił się po nie i wtedy wciągnąłem go za róg i rzuciłem o ścianę. Obaj byliśmy śmiertelnie przerażeni, ale ja miałem przewagę zaskoczenia. Chłopak skamieniał ze strachu, gdy zobaczył przed samą twarzą mój nóż.
    - Nie chcę ci zrobić krzywdy, ale potrzebuję forsy. Jestem gotów na wszystko. Dawaj forsę. Szybko. Wszystko co masz, bo cię zabiję.
    Ręce trzęsły mi się okropnie. Bałem się, że upuszczę nóż.
    - Proszę, proszę. Bierz wszystko, tylko mnie nie zabijaj - błagał chłopak. Wyjął portfel i chciał mi go podać, ale upuścił go. Kopnąłem portfel w głąb zaułka.
    - Zjeżdżaj - powiedziałem. - Biegiem! A jak zwolnisz przed drugą przecznicą, to będziesz trup.
    Popatrzył mnie oczyma okrągłymi z przerażenia i rzucił się do ucieczki. Potknął się na swoich zakupach i rozciągnął na chodniku jak długi. Poderwał się, znów się potknął i pobiegł chodnikiem, z trudem łapiąc równowagę.
     Gdy tylko zniknął za rogiem, chwyciłem jego portfel i co sił w nogach pobiegłem w głąb zaułka. Znalazłszy się w ciemnościach De Kalb, przesadziłem żelazny parkan otaczający park i przez wysoką trawę pobiegłem między drzewa. Przysiadłem za skarpą, żeby złapać oddech i uspokoić łomoczące serce. Otwarłem portfel i przeliczyłem jego zawartość. Było tam 19 dolarów. Przyjemnie było czuć w dłoni banknoty. Cisnąłem portfel w wysoką trawę i ponownie przeliczyłem pieniądze. Potem złożyłem je i wsadziłem do kieszeni.
     "Nieźle - pomyślałem. - Gangi zabijają włóczęgów za mniej niż dolara, a mnie za pierwszym razem wpadło dziewiętnaście. Całkiem nieźle".
    Jednak pewność siebie nie usunęła całkowicie mojego strachu i długo siedziałem ukryty w wysokiej trawie. Dopiero dobrze po północy odważyłem się wyjść, ale wtedy było już za późno, aby wynająć pokój, poszedłem więc znowu na miejsce mojego przestępstwa. Ktoś już pozbierał wszystko prócz zgniecionej paczki krakersów. Podniosłem ją i potrząsnąłem, patrząc, jak okruchy sypią się na chodnik. Strach odpłynął ode mnie już całkiem i uśmiechnąłem się. "Trzeba go było ciachnąć, tak z ciekawości, jak to będzie - pomyślałem. - Na drugi raz spróbuję".
     Skierowałem się ku wejściu do metra koło Papa John's i wsiadłem do pierwszego lepszego pociągu. Spędziłem noc w metrze i następnego dnia wcześnie rano byłem z powrotem na Fort Green Place, żeby wynająć pokój.
     Administrator poprowadził mnie na drugie piętro. Pokój był mały, z popękanym sufitem. Usytuowany był od ulicy i przez okno widać było Brooklyńską Szkołę Techniczną. Administrator poinformował mnie, że na pierwszym piętrze jest wspólna łazienka oraz że temperaturę w pokoju można regulować pokrętłem przy stalowym grzejniku. Potem wręczył mi klucz i oznajmił, że czynsz należy płacić za każdy tydzień z góry, w sobotę. Drzwi zamknęły się za nim i usłyszałem, jak schodzi po schodach.
     Rozejrzałem się po pokoju. Były w nim dwa jednoosobowe łóżka, krzesło, stolik, umywalka i niewielka szafa. Podszedłem do okna i wyjrzałem na ulicę. Ulica Lafayette za rogiem dudniła porannym ruchem. Po drugiej stronie ulicy wznosił się w niebo budynek Brooklyńskiej Szkoły Technicznej. Był długi na cały blok i zasłaniał sobą wszelkie widoki, jakie ewentualnie można by tu było oglądać. Ale to nie było ważne. Byłem u siebie.
     Przed południem wyszedłem, żeby się rozejrzeć po okolicy. Schodząc po schodach tej rudery zobaczyłem młodego człowieka wychodzącego niepewnym krokiem z klatki schodowej. Twarz miał chorobliwie bladą i oczy głęboko zapadnięte. Brudna obstrzępiona marynarka zwisała mu z jednego ramienia, spodnie miał rozpięte, bo właśnie skończył oddawać mocz za kaloryferem. Trudno było poznać, czy był pijany, czy odurzony narkotykami. Stojąc na półpiętrze zobaczyłem, jak chwiejnie wyszedł przez bramę na zewnętrzne schodki, stanął z boku, pochylił się i zaczął z góry wymiotować na chodnik.
     Banda "małych ludzi" wypadła z mieszkania na parterze i wybiegła na ulicę, zupełnie nie zwracając na niego uwagę. Mężczyzna przestał wymiotować i tępo patrząc przed siebie osunął się na najwyższy stopień.
     Ominąłem go i zszedłem na ulicę. Usłyszałem, jak ktoś otwiera okno, i popatrzyłem w górę w samą porę, by zdążyć uskoczyć przed kupą odpadków wyrzuconych z drugiego piętra prosto na chodnik. Trochę dalej jeden z małych ludzi kucał w mroku pod schodkami, wykorzystując nieużywane drzwi od piwnicy jako latrynę. Wstrząsnęło mną obrzydzenie, ale powiedziałem sobie, że muszę się do tego przyzwyczaić.
     Za domem było trochę wolnej przestrzeni, zarośniętej wysokimi do pasa chwastami i suchymi krzakami. Kilka mizernych drzewek wyciągało suche gałęzie ku niebu. Zaczynała się już wiosna, ale drzewka zdawały się wzdragać przed wypuszczeniem pączków i rozpoczęciem jeszcze jednego roku egzystencji w tym getcie. Kopnąłem puszkę po piwie - pełno ich tu wszędzie leżało. Zarośla chwastów były pełne starych gazet, kartonów i butwiejących kawałków tektury. Zniszczone ogrodzenie z drutu przedzielało teren. Za nim była część przylegająca do innego domu czynszowego, stojącego przy St. Edward Street. Odwróciłem się i spojrzałem na mój dom. Kilka okien na parterze zamiast szyb miało kawałki ocynkowanej blachy. Trochę dalej zobaczyłem okrągłe buzie murzyńskich dzieciaków z nosami rozpłaszczonymi o brudne szyby; patrzyły, jak toruję sobie drogę przez to śmietnisko. Przypominały mi zwierzęta w klatce, pragnące wolności, ale nie wychodzące z obawy, że mogą zostać poranione lub zabite. W oknie brakowało kawałka szyby, a dziura zatkana była tekturą. Naliczyłem pięć przestraszonych twarzy. Prawdopodobnie było jeszcze z pięcioro dzieci w tym małym trzyizbowym mieszkaniu.
     Obszedłem dom dokoła i wyszedłem na ulicę. W suterenie domu nr 54 było wolne mieszkanie. Żelazna furtka huśtała się luźno na zawiasach. Otwarłem ją kopnięciem i wszedłem. Smród taniego wina, dymu, zatęchłego brudu, moczu i innych nieczystości przekraczał moją wytrzymałość. Cofnąłem się z obrzydzeniem. Na szczęście mój pokój był na drugim piętrze.
     Ruszyłem dalej chodnikiem. Stojące na ulicy prostytutki przedstawiały żałosny widok. Białe dziewczyny pracowały po prawej stronie ulicy i zajmowały mieszkania w następnym bloku. Kolorowe dziewczyny pracowały po przeciwnej stronie i mieszkały w okolicy wejścia do metra. Wszystkie były narkomankami. Stały to tu, to tam, ubrane w trykoty i brudne płaszcze. Niektóre ziewały z nudów albo dlatego, że nie wzięły "rozbudzacza" - porannego zastrzyku heroiny, który postawiłby je na nogi.
     Prze te dwa miesiące nie zdążyłem jeszcze przywyknąć do Nowego Jorku. W Puerto Rico oglądałem zdjęcia Statuy Wolności i gmachu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ale tu, w getcie, jak okiem sięgnąć były tylko przepełnione domy czynszowe. Każde okno oznaczało rodzinę wciśniętą do ciasnego pomieszczenia i wiodącą tam nędzną egzystencję. Przypomniało mi się zoo w San Juan z niedźwiedziami krążącymi niespokojnie po klatce i małpami skrzeczącymi zza krat. Zwierzęta w zoo żyją na własnych nieczystościach. Jedzą nieświeże mięso albo zwiędła sałatę. Ciągle ze sobą walczą i jednoczą się tylko wtedy, gdy atakują intruza. Zwierzęta nie zostały stworzone do takiego życia, z namalowaną na tylnej ścianie klatki sceną z dżungli, przypominającą im, czym powinny być. Ludzie też nie. Ale tu, w gettach, tak właśnie żyją.
     Stanąłem przy krawężniku na rogu Myrtle Avenue, czekając na zielone światło. Nad ulicą przejechał z łoskotem pociąg kolei nadziemnej, strząsając na stojących pod spodem ludzi drobinki kurzu i sadzy. Po każdej zmianie świateł ludzie ruszali, brnąc z trudem przez mieszaninę błota, śniegu i soli, pokrywającą ulicę.
     Za domami sznury od bielizny rozciągały się od jednego odrapanego balkonu, albo zejścia pożarowego, do drugiego. Niebieskie koszule i spodnie koloru khaki powiewały na mroźnym wietrze. Bielizna, niegdyś biała, byłą teraz szara od ciągłego kontaktu z unoszącym się w powietrzu brudem.
     Była sobota rano i sklepikarze odsuwali ciężkie żelazne kraty w swoich sklepach. Jak okiem sięgnąć wszystkie sklepy zaopatrzone były w kraty, chroniące je przed włóczącymi się po nocach gangami.
     Jednak najbardziej przytłaczały mnie domy czynszowe. Widziałem oznaki nieśmiałych prób, czynionych przez lokatorów, żeby w tej betonowej dżungli, wśród ceglanych wąwozów, odnaleźć okruchy własnej tożsamości. Ale były to daremne wysiłki. Przypominały zachowanie człowieka pogrążającego się w bagnie, który wytęża siły, aby dosięgnąć rosnącego na skraju trzęsawiska ziela, zaciska na nim kurczowo palce i tonie z rośliną w zaciśniętej pięści.
     Brudna doniczka z czerwonej gliny stała się pokrytym sadzą oknem. Rachityczna pelargonia wspierała się bezsilnie o szybę. Tutaj schody wejściowe były pomalowane na jasny kolor czy też parapet okienny odcinał się jaskrawą barwą od szarego kamienia ściany, gdzie indziej prymitywnej roboty skrzynka na kwiaty, zbita z kawałków starych skrzyń, zwisała z brudnego parapetu. Kilka żałosnych sztucznych kwiatów opierało się podmuchom zimowego wiatru osypującego je sadzą lecącą z tysięcy kominów, wznoszących się nad miastem.
     Doszedłem do St. Edward Street i stanąłem przed Biblioteką Walta Whitmana, koło Szkoły Podstawowej nr 67. po drugiej stronie ulicy stał wielki dom czynszowy, wysoki na dwanaście pięter i długi od przecznicy do przecznicy. Patrzył na ulicę swymi sześciuset oknami, z których każde kryło za swą szybą ludzką nędzę i poniżenie. W jednym z okien widniały podarte zasłony, niegdyś kolorowe, teraz wyblakłe i zniszczone przez zatrute powietrze. W większości okien nie było firanek ani zasłon i dom spoglądał nimi na biegnącą w dole ulicę szklanym wzrokiem zamarzniętego trupa.
     Zawróciłem w kierunku Washington Park. "Co się stało z tymi ludźmi w tym okropnym miejscu? - myślałem. - Dlaczego mieszkają tak, bez ogródków, trawy, skwerów, drzew". Nie wiedziałem, że kiedy człowiek raz się wprowadzi do jednej z tych betonowych klatek, staje się jej więźniem. Nie ma ucieczki z asfaltowej dżungli.
     Gdy około czwartej po południu wracałem do domu, na placu zabaw położonym za kościołem katolickim św. Michała i Edwarda, na rogu ulic Auburn i St. Edwards, spostrzegłem coś, co wyglądało na wesołe miasteczko z karuzelami i muzyką. Muzyka rozbrzmiewała na całą ulicę. Zostało mi jeszcze trochę pieniędzy z rabunku i na dźwięk muzyki zrobiło mi się raźniej. Koło wejścia zobaczyłem grupę chłopaków otaczających włoskiego kataryniarza. Mieli na sobie czarne kurtki z dwoma ciemnoczerwonymi literami M naszytymi na plecach. Chłopcy niemal zagłuszali katarynkę hałasem, jaki robili klaszcząc i tańcząc na chodniku.
     Pośrodku grupy ciemnowłosy biały chłopak, mniej więcej w moim wieku, z roześmianą twarzą i rękami pod boki, walił piętami w chodnik i wirował w szybkim tańcu. Nagle jego czarne oczy napotkały mój wzrok. Gwałtownie zatrzymał się i w jednej chwili uśmiech zniknął z jego twarzy. Patrząc na mnie zimnym i twardym wzrokiem, powiedział:
    - Hej, ty, co robisz na tym terytorium? To jest rejon Mau Mau. Nie lubimy, żeby nam się tu obcy pętali.
    Reszta chłopaków w czarnych bluzach utworzyła wokół nas ciasny krąg. Przystojny chłopak z zimnymi jak stal oczyma podszedł do mnie i napierając na mnie piersią uśmiechnął się złowrogo.
    - Do jakiej paczki należysz?
    - Nie należę do żadnej paczki - odpowiedziałem. - Przyszedłem tu, żeby pojeździć sobie w wesołym miasteczku. Zbrodnia to czy co?
    Jeden z otaczających nas chłopaków wystąpił naprzód.
    - Ej, ty, wiesz, co to jest? - powiedział, potrząsając otwartym nożem. - To jest nóż, mały. I on ci rozpruje bebechy. Może do mnie podskoczysz, co? Ja nie jestem taki cierpliwy jak Izrael.
    Chłopak nazwany Izraelem odsunął go i powiedział:
    - Widzisz, obcy tu może być łatwo zabity. Mógłbym cię zabić. Jak chcesz jeszcze pożyć, lepiej nie podskakuj.
    Byłem zły i sięgnąłem do kieszeni po swój nóż. Ale zdałem sobie sprawę, że jest ich o wielu za dużo, bym miał jakieś szanse. Nie chciałem okazać się tchórzem, ale wiedziałem, że będę musiał odłożyć do innej okazji okazanie swej odwagi. Kiwnąłem głową, odwróciłem się i poszedłem w stronę Washington Park i swojego mieszkania. Słyszałem, jak za moimi plecami gang śmieje się i gwiżdże.
    - Dobrze mu powiedział, Izrael. Nauczyłeś tego sk-syna. Prędzej się zrobi zimno w piekle, niż on tu znowu wsadzi swój nos.
    Byłem wściekły i rozgoryczony. Idąc pod torami kolejki nadziemnej na Myrtle, doszedłem do parku i usiadłem na ławce. Teraz dopiero zauważyłem, że idzie za mną młody, może trzynastoletni chłopak. Odwróciłem się i popatrzyłem na niego. Uśmiechnął się i usiadł koło mnie.
    - Dali ci wycisk, co?
    - A co chcesz? Mógłbym się bić z jednym, ale nie było sensu bić się z nimi wszystkimi naraz.
    - Człowieku, te gangi tutaj nie żartują - powiedział, sięgając do kieszeni koszuli i wyjmując skręta. - Zabiją cię, jak się do nich nie przyłączysz.
    Zapalił papierosa i zauważył, że mu się przyglądam.
    - Palisz trawę? - spytał.
    Zaprzeczyłem, ale wiedziałem, o czym mówi.
    - Chcesz spróbować? Mam jeszcze. Dzisiaj jest zimno.
    - Pewnie - odpowiedziałem.
    Wycofałem się już dzisiaj raz i nie chciałem się wycofywać ponownie. Chłopak pogrzebał w kieszeni koszuli i wyjął krzywego, pomiętego papierosa, pozawijanego na końcach i poplamionego z boku, tam gdzie chłopak go polizał przy sklejaniu.
    - Musisz stale ciągnąć, bo zgaśnie - powiedział.
    Zapalił mi go i zacząłem pykać.
    - Nie tak - roześmiał się chłopak. - Patrz
    Nabrał pełne usta dymu i wciągnął go powoli do płuc.
    - Tak trzeba. Jak tylko pykasz, to się wypali i nic z tego nie masz. Zaciągaj się.
    Zaciągnąłem się. Poczułem dziwny słodki smak i mocny zapach.
    - Co to daje? - spytałem, czując, jak zaczyna mi się kręcić w głowie od tego ziela.
    - Człowieku, wszystko! - odpowiedział chłopak. - Śmiejesz się, czujesz, że jesteś najlepszym tancerzem, najlepszym kochankiem, że się najlepiej bijesz. Wszystkie chłopaki tam koło wesołego miasteczka popaliły trawy. Nie widziałeś, jakie mieli czerwone oczy? Można poznać, czy ktoś popalił trawy, po tym, że mu oczy błyszczą.
    - Skąd to bierzesz? - spytałem.
    - O, to łatwe. Pełno tu handlarzy w okolicy. Prawie wszystkie większe chłopaki mogą ci to załatwić. Mają kontakty z tymi od transportów. Kuba, Meksyk. A ja? Mój stary to hoduje za domem. Jest tam tego trochę. Nikt tam nie chodzi. Mój stary wysiał trochę nasion między zielskiem i mamy swoje. Nie jest to takie dobre, jak niektóre inne, ale nic nas nie kosztuje.
    - A ile kosztuje u handlarza? - spytałem, słuchając pilnie, trochę speszony, że trzynastoletni dzieciak wie o tym więcej niż ja.
    - Niektórzy sprzedają po dolarze od skręta. Czasem można dostać skręty po siedemdziesiąt pięć centów. Ale najlepiej kupić puszkę, wiesz, taką jak puszka "Prince Albert". W ten sposób możesz robić sam, co wychodzi po jakieś czterdzieści centów. Ale musisz uważać, jak kupujesz. Niektórzy z tych facetów oszukują. Dodają innego ziela i sprzedają. Zawsze sprawdzaj przy kupnie, bo cię oszukają.
    Skończyłem palić skręta, wyciągnąłem nogi przed siebie i położyłem głowę na oparciu ławki. Gdy minął zawrót głowy, nie odczuwałem już tak bardzo chłodu wiatru. Czułem się, jakbym unosił się na niewidzialnym obłoku. Odwróciłem się tak, żeby widzieć chłopaka. Siedział z głową podpartą rękami.
    - Mówiłeś, że po tym człowiek się robi szczęśliwy. Dlaczego się nie śmiejesz?
    - Człowieku, z czego mam się śmiać? - odpowiedział. - Mój stary chleje. Tylko że to nie jest naprawdę mój stary. Zaczął mieszkać z matką w tamtym roku. Nawet nie wiem, kto jest moim prawdziwym starym. A ten gość, to cały czas pierze moją mamę. W tamtym tygodniu chciałem go odciągnąć, ale wyrżnął mnie w twarz butelką i wybił mi dwa zęby. Rzuciłem w niego budzikiem i trafiłem go w plecy. Wtedy mama, moja własna mama, nazwała mnie sk-synem i powiedziała, żebym się wynosił... że nie mam prawa bić jej faceta. Teraz mieszkam na ulicy i tylko czekam, kiedy będę go mógł zabić. Nie jestem z żadnym gangiem. Nie jestem z nikim. Czekam tylko, aż ten drań będzie sam, i zabiję go. Już nawet nie kocham matki. Z czego mam się śmiać?
    Gdy mówił, ani na chwilę nie uniósł głowy.
    - To ten sam człowiek, co hoduje marihuanę za domem? - spytałem.
    - Tak. I handluje. Człowieku, tylko poczekaj, aż go dopadnę samego. Przedziurawię go nożem na wylot.
    Podniósł głowę. Jego twarz, zmęczona i napięta, przypominała bardziej twarz małpy niż twarz trzynastoletniego chłopca.
    - A co, twój stary też chleje?
    - Nie. Ja mam szczęście. Nawet nie mam starego ani starej - skłamałem. - mam spokój.
    Chłopak podniósł głowę.
    - Tak, ja już chyba też - powiedział. - po czym rozchmurzając się dodał: - No to cześć. Zobaczymy się chyba jeszcze. Uważaj na gangi. Zabiją cię, jak spotkają w nocy na ulicy.
    - Słuchaj, a jak jest z tymi gangami? Ile w nich jest ludzi?
    - Setki. Człowieku, jest ich tak dużo, że nie ma sensu ich liczyć.
    - Co oni robią?
    - Biją się. A co mają robić? Albo idą się bić z innym gangiem, albo zostają u siebie, żeby bronić się przed jakimś gangiem, co ich napadł. Kiedy nie biją się z innym gangiem, biją się z policją. Biją się czym się da. Mają noże, pałki, pistolety - prawdziwe albo takie, co sami robią - kastety, karabiny, obrzynki, bagnety, kije baseballowe, rozbite butelki, butelki z benzyną, cegły, kamienie, łańcuchy rowerowe... Człowieku, nie wymyślisz rzeczy, której nie używają do zabijania. Oni nawet ostrzą szpice swoich parasoli, wprawiają kolce do butów, a są tacy, co noszą brzytwy albo wkładają żyletki między palce. Pobędziesz tu dłużej, to zobaczysz. Dlatego nie jestem z nimi, tylko chodzę po ciemnych ulicach i przejściach między blokami i trzymam się od nich z daleka. Ale zobaczysz. Pobędziesz tu trochę, to zobaczysz.
    Wstał, wolno poszedł z powrotem przez park i zniknął w mroku. Wróciłem na Fort Greene Place 54. Było już całkiem ciemno.

    Powrót do spisu treści